O autorze
Socjolog, przedsiębiorca, inwestor, publicysta, komentator rynku mediów i aktualnych kwestii społecznych.

Prezes domu mediowego OMD, a także jeden z założycieli SMG/KRC Poland (dziś Millward Brawn), największej w Polsce agencji badań rynkowych.

Otrzymał liczne nagrody i wyróżnienia rynku reklamy między innymi "Lidera 10-lecia rynku reklamy" przyznany przez miesięcznik Businessman. Juror w międzynarodowych konkursach reklamowych: Goldendrum 2005 w Portoroż i Dubai Lynx 2008. Laureat 5 wyróżnień i nagrody głównej Złotego Lwa w Międzynarodowym Konkursie Reklamowym w Cannes.

Prowadzi fundację pomocy dzieciom Kółko Graniaste.

Jakub Bierzyński ukończył Uniwersytet Warszawski, Wydział Socjologii. Pracował jako asystent nauczając statystyki, metodologii badań społecznych, analiz komputerowych i metod badań rynkowych (1990 - 1992). Stypendysta Fullbrighta na Univesity of California Berkeley.

Jak Tusk zagrał na „małpim instynkcie” Kaczyńskiego, czyli o „kopaniu w klatkę”

Parę dni po wyborze Donalda Tuska burza wokół tego wydarzenia nie cichnie. Z jednej strony ekipa dbająca o pozytywny PR partii i rządu dwoi się i troi by przekuć tę porażkę w sukces. Z drugiej opozycja próbuje wykazać całkowitą bezradność polskiej dyplomacji. Tymczasem prawda wydaje się zdecydowanie bardziej skomplikowana i o wiele ciekawsza niż czarno – biały obrazek przedstawiany w jednej lub drugiej wersji partyjnej propagandy.

Jak donosi „Frankfurter Allemeine Sonntagszeitung” wbrew obiegowej opinii Donald Tusk nie był pewnym kandydatem na swój urząd a decyzja o jego wyborze zapadła dosłownie w ostatniej chwili.



Według niemieckiej gazety szanse na zachowanie stanowiska przez Tuska były niewielkie i wbrew dominującej narracji polskiej prawicy nie był on wcale pupilkiem Angeli Merkel. Miała mu za złe publiczną krytykę jej polityki owartości wobec emigrantów oraz nie uzgodnioną na europejskich salonach inicjatywę zamknięcia granicy i zatrzymanie emigrantów w Grecji.
Prawica z lubością zarzucała Tuskowi przez lata politykę ciepłej wody w kranie. Bak wizji, pójście na łatwiznę, uniki, polityczny koniunkturalizm. Według FAZ nie są one pozbawione racji. Szyty przywódców UE były przez przewodniczącego słabo przygotowywane. Stało się to szczególnie widoczne po referendum w Wielkiej Brytanii, gdy Angela Merkel weszła po prostu w jego rolę przejmując inicjatywę.

Autor artykułu pisze „Tusk był krytykowany w Radzie Europejskiej ze wszystkich stron” a jego oceny „spadły na samo dno” po szczycie w Bratysławie, który podobno nieprzygotowany, zamiast dowieść energii i woli działania UE po Brexicie, przyniósł blamaż i brak inicjatywy. Pozycja Polaka była tym bardziej niepewna, że po rezygnacji przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Martina Schulza, to socjalistom przypadał ten urząd według zwyczajowej unijnej arytmetyki.

Dopiero ofensywa dyplomatyczna Warszawy przyniosła skutek odwrotny do zamierzonego. Zamiast osłabić szanse Tuska - wzmocniła go.

Po pierwsze dlatego, że Jarosław Kaczyński i jego ekipa nie cieszy się popularnością w Europie. Jego antyniemiecka i często antyeuropejska retoryka jest tam bardzo dobrze słyszalna. Jeśli zatem można zrobić coś co osłabi polityczną pozycję słabo przewidywanego adwersarza, unijni przywódcy z pewnością z niej skorzystają. Tak właśnie się stało w przypadku wyboru szefa Rady Europy. Trudno bowiem zdyscyplinować rząd w Warszawie. Sankcje są praktycznie mało realne. Postanowienia Komisji Weneckiej rząd ten ostentacyjnie ignoruje a procedurę Parlamentu Europejskiego lekceważy. Gdy dodać do tego agresywną, konfrontacyjną retorykę, mamy gotowy przepis na polityczną wojnę. Ze strony PiS i Jarosława Kaczyńskiego jest to wojna prowadzona w typowy dla niego sposób – krzykiem, szantażem, połajankami w gazetach. Unijni dyplomaci ze swojej strony użyli najmocniejszych własnych kompetencji w ciszy gabinetów budując sojusze. Efekt znamy – sromotna klęska 27 do jednego. Od rządu Jarosława Kaczyńskiego odwrócili się nawet najbliższy sojusznicy. Europa ukarała Warszawę dotkliwie – kompromitacją i upokorzeniem.

To kara gorsza i, co ważniejsze, bardziej dotkliwa niż sankcje. Sankcje bowiem są obosieczną bronią, z jednej strony stanowiąc narzędzie nacisku na rządzących, z drugiej dając im paliwo do retoryki „oblężonej twierdzy”, „żołnierzy wyklętych” Europy, „prześladowanych prawych i sprawiedliwych” itp. Innymi słowy sankcje zawsze odbijają się na życiu zwykłych ludzi a rządy stosunkowo dobrze umieją sobie z nimi propagandowo radzić, obracając ich skutki na swą korzyść. Dyplomatyczna banicja jest karą znacznie bardziej dotkliwą bo nie dotyczy bespośrednio obywateli jest kwestią wyłącznie rządu. A rządowi tą karą dotkniętemu niebywale trudno przedstawić taką porażkę jako sukces.

Jak bowiem wytłumaczyć, że jesteśmy sami? Jak prowadzić politykę zagraniczną będąc w tak oczywisty sposób zdradzonym? Jak przekonać swoich wyborców o swej skuteczności? Jak utrzymać mit Wielkiego Strategia? Okładka „Do Rzeczy” dzisiaj wygląda na celową kpinę z Jarosława Kaczyńskiego. Mity takie jak ten utrzymują się dzięki efektowi aureoli. Wszystkie posunięcia prezesa są genialne bo są dziełem jego genialnego politycznego umysłu. Niezależnie od tego jaki błąd popełni, jaką bzdurę wypowie, interpretowane jest to na jego korzyść, nawet przez przeciwników politycznych, którzy zawsze szukają drugiego dna w kolejnej wpadce prezesa. Tak buduje się nietykalność w polityce. Taki przywódca, niczym Achilles, staje się nie do pokonania przez wrogów.

I nagle czar prysł. Trudno bowiem przedstawić dyplomatyczną klęskę w Brukseli jako sukces. Śmiem twierdzić, że największą cenę za tę porażkę Kaczyński zapłaci nie w Brukseli, ale tutaj, nad Wisłą. O utracie nieśmiertelności już pisałem. To ogromna strata. Dla wielu była początkiem końca. Zaczyna się od bezlitosnych kpin przeciwników, przez zwątpienie zwolenników a kończy na buncie we własnych szeregach. Skoro bowiem wódz jest śmiertelny to rodzi się naturalne pytanie kto i kiedy zastąpi wodza? Jeśli teza powyższa jest prawdziwa spodziewam się poważnego tąpnięcia w wynikach badań preferencji politycznych na niekorzyść Prawa i Sprawiedliwości. Kolejne badania zweryfikują jej prawdziwość.

Po drugie PiS wdał się w wojnę „własnych zasobach” niebezpiecznie grając polską kartą na arenie międzynarodowej. Patriotyczna partia, o silnym etosie narodowym, która uczyła Polaków prostej dychotomii świata na Polskę i całą resztę, ma naturalny problem z wytłumaczeniem swoim zwolennikom dlaczego nagle, wbrew lansowanej logice, nie popiera Polaka na eksponowane międzynarodowe stanowisko. Jeśli bowiem Parlament Europejski atakuje Polskę, jeśli to Polska jest samotna w Europie, jeśli tak skutecznie udało się utożsamić rząd PiS i osobiście Jarosława Kaczyńskiego z Polską, stanowią oni przecież w prawicowej propagandzie synonim, jedność, to jak teraz gwałtownie i symbolicznie je rozdzielić? Polska nie popiera rodaka? Dlaczego, skoro tożsamość narodowa jest najważniejsza? Kłopot, i propaganda prawicy wyraźnie sobie z nim nie radzi, tym bardziej, że operacja zakończyła się bolesną klęską. Tusk to kandydat niemiecki brzmi słabo, wobec nacjonalistycznego plemiennego patriotyzmu polskiej prawicy.

Po trzecie z zadziwiającą konsekwencją obie strony tej bitwy zadziałały zgodnie ze znaną i powtarzalną taktyką. Jarosław Kaczyński postąpił zgodnie ze swoim instynktem. Lekko przez Tuska sprowokowany w grudniu we Wrocławiu, zadziałał w przewidywalny sposób – wytoczył wszystkie działa, oskarżając Tuska o udział w puczu, spisek, działanie wbrew Polskim interesom, chęć zalania imigrantami Europy i tak dalej. Problem polega na tym, że strategia ta działa świetnie na wyznawców w kraju, bardzo źle przyjmowana jest w wersji eksportowej.

Po pierwsze dlatego, że robienie dyplomacji za pomocą propagandy w mediach nie trzyma podstawowych europejskich standardów i ratowane jest jako niepoważne awanturnictwo. Po drugie dlatego, że element szantażu zaszyty nieodzownie w tej narracji, jest za granicą kompletnie nieskuteczny. Po trzecie, nikt w pucz nie uwierzył. Mało tego, taki zarzut za granicą, bez propagandowego otumanienia i patriotycznego wzburzenia, brzmi po prostu absurdalnie i ośmiesza jego autora. Po czwarte, argument o tym jakoby Tusk działał na szkodę polskim interesom popierając politykę imigracyjną Angeli Merkel został jednoznacznie zinterpretowany jako jawne kłamstwo, bo zarzut wobec Tuska był dokładnie przeciwny, o czym pisałem na wstępnie. Ofensywa dyplomatyczna Beaty Szydło i spółki była zatem kompromitująco nieskuteczna, mało tego kontr produktywna. Tusk osiągnął zatem efekt na jaki liczył, urażona Europa stanęła za nim murem.

Donald Tusk przeprowadził klasyczną operację, którą jego główny PRowiec wdzięcznie nazywał "kopaniem klatki z małpa ". Skutek - jak pisze Ziemkiewicz, przewidywalny - małpa zaczyna się rzucać, wrzeszczeć i straszyć ludzi, a ostry konflikt przypomina lęk przed PiS i umacnia władze PO. Numer z małpa na Europejskich salonach jak widać zadziałał bezbłędnie. No cóż, efekt świeżości. Nie wątpię ze mimo pewnego zużycia zadziała tez w kraju. Spodziewam się, że w kolejnych sondażach notowania PO zbliża się do słupków Prawa i Sprawiedliwości. Krzywa uczenia Wielkiego Strategia - zero. Donald Tusk nawet nieobecny, grając tak dobrze znaną grę, skutecznie sprowokował Jarosława Kaczyńskiego do działania. Działania, którego stawką była nie tylko jego eksponowana posada, ale także rewolucja w preferencjach wyborczych Polaków. No cóż, na dobrą małpę zawsze można liczyć.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...