Grupa naTemat

„Polska w ruinie” - jak kłamstwo staje się prawdą

Wczoraj w Brukseli Donald Tusk obnażył największe kłamstwo wyborcze Prawa i Sprawiedliwości mówiąc, że tyle razy powtarzali slogan o Polsce w ruinie, że w końcu ktoś w to uwierzył. Agencja Standard & Poor obniżyła wiarygodność gospodarczą kraju pierwszy raz od 20 lat.

Agencja nie kierowała się przy podejmowaniu tej decyzji wskaźnikami gospodarczymi, bo te nadal są bardzo dobre. Polska rozwija się jako jedna z najdynamiczniejszych gospodarek w Europie. Bezrobocie spada, eksport rośnie, bilans handlu zagranicznego jest po raz pierwszy od lat dodatni. Polska jako kraj bogaci się i to w przyzwoitym, jak na europejskie standardy, tempie. Przyznaje to nawet główny ideolog Polski w ruinie – premier Beata Szydło. Chce przekonywać w Brukseli, że Polska jest fantastycznym, rozwijającym się krajem. Pytanie nasuwa się samo – Polska kwitnie czy popada w ruinę? Dynamicznie rośnie czy jest „wygaszana”? Kiedy Beata Szydło mówi prawdę?


Jak widać, prawda dla polityków PIS jest plastyczna. Zależy od okoliczności. Raz prawdą jest ruina, raz – rozwój. Tak zwana „obiektywna prawda” jest taka, że politycy rządzącej partii wpadli we własne sidła. Sidła własnej wyborczej propagandy.

Postulaty polityków PIS-u głoszone w trakcie kampanii wyborczej i po niej były całkowicie fałszywe. Reindustrializacja Polski to wierutna bzdura. Polska jest jednym z najbardziej uprzemysłowionych gospodarek w Unii Europejskiej. 34% naszego PKB wytwarzane jest przez przemysł. Udział ten jest ponad dwa razy wyższy od unijnej średniej wynoszącej 15,6%. Przemysłowa potęga czyli Niemcy, mają wskaźnik niższy niż Polska, bo na poziomie 29%. Według ostatniej dyrektywy UE dotyczącej właśnie reindustrializacji krajów Unii jako cel wyznaczono poziom 20% udziału przemysłu w gospodarce. Poziom, który my przekraczamy prawie dwukrotnie. Premier Szydło w kampanii wyborczej na Pomorzu głosiła program ratowania polskich stoczni. Nasz przemysł stoczniowy ma się świetnie. Produkcja i eksport rosną. Polskie stocznie radzą sobie na światowych rynkach bardzo dobrze.

Po co zatem te, na pierwszy rzut oka absurdalne, hasła? Dlaczego głoszono ideę Polski w ruinie? Ideę stosunkowo łatwą do zweryfikowania – wystarczy wyjść z domu. Pieniądze z Unii Europejskiej i efekt wzrostu gospodarczego widać na każdym kroku. W ostatnich 8 latach dokonał się w Polsce cywilizacyjny przełom. Można się spierać, czy owoce wzrostu gospodarczego były sprawiedliwie czy niesprawiedliwie dzielone. Można mieć pretensje do polskiej wersji kapitalizmu. Wersji kapitalizmu, nota bene, bardzo wspieranej przez Jarosława Kaczyńskiego. Nie kto inny przecież zniósł najwyższy próg podatkowy płacony przez najbogatszych Polaków. To jego rząd zlikwidował podatek od spadków. Dziś Jarosław Kaczyński czyta Piketty’ego. Ciekawe czy zastosuje się do jednoznacznych wniosków płynących z tej lektury. Na razie nic na to nie wskazuje. Nie wskazuje dlatego, że Kaczyński używa programów wyborczych czysto instrumentalnie, do zdobycia władzy. Gdy ją zdobywa, realizuje kompletnie inną agendę. Tak było po wyborach w 2005 roku, które PIS wygrało pod hasłami Polski solidarnej. Rząd Kaczyńskiego zrealizował program dokładnie odwrotny do tego, który wyniósł go do władzy.

Dzisiaj jest podobnie. To hasła odbudowy gospodarki kraju, uszczelnienia systemu podatkowego i szeroko zakrojony program socjalny dały Jarosławowi Kaczyńskiemu pełnię władzy. Przez pierwsze miesiące wszystkie te hasła leżały odłogiem. Teczka z ustawami premier Szydło okazała się pusta. Zamiast programu socjalnego i gospodarczego głoszonego w kampanii mamy błyskawiczne i brutalnie wprowadzane zmiany stricte polityczne. Zaskakujące, ponieważ trudno szukać ich zapowiedzi w programie wyborczym PiS. Postulaty socjalne i gospodarcze zostały odłożone na półkę. Zamiast nich Kaczyński zajmuje się konsolidacją swej władzy. Wyborcy Prawa i Sprawiedliwości mogą i powinni poczuć się oszukani.

Wrócę zatem do podstawowego pytania – dlaczego Beata Szydło, Andrzej Duda, Jarosław Kaczyński wraz z całym aparatem propagandowym PIS wmawiali Polakom hasła tak mało mające wspólnego z rzeczywistością? Bo w ten sposób od paru kadencji Republikanie wygrywają wybory w Ameryce. Chwyt testowany z powodzeniem przez duchowych braci PIS-u za oceanem polega na tym, by najostrzej atakować najsilniejszą stronę przeciwnika, choćby taki atak wydawał się absurdalny, oderwany od rzeczywistości. Manewr ten wykonuje się z dwóch powodów. Po pierwsze wytrąca się przeciwnikowi najważniejsze argumenty z ręki. Zaatakowana partia musi się tłumaczyć z własnych sukcesów. Widzieliśmy to doskonale w kampanii wyborczej w Polsce, gdy Ewa Kopacz intensywnie, lecz bezskutecznie, usiłowała przekonać wyborców o gospodarczych sukcesach swego rządu. Sukcesach, które dziś przyznają jej przeciwnicy w Brukseli. Jeśli musisz przekonywać o własnych mocnych stronach, to przegrałeś. Umiejętnie przeprowadzony atak na najmocniejszy atut przeciwnika spycha go do defensywy. Nie atakujesz ale się bronisz. Obrona jest strategią tym bardziej kuszącą, im bardziej absurdalne są zarzuty ataku. Platforma Obywatelska wpadła w tę pułapkę i przegrała batalię o wiarygodność własnych sukcesów u wyborców. Nie można tłumaczyć się z sukcesów. A jeśli robisz to niezręcznie, zamieniasz potencjalne zwycięstwo w klęskę. Na to liczyli propagandowi stratedzy Prawa i Sprawiedliwości i nie przeliczyli się. Andrzej Duda mówił o papierowym wzroście gospodarczym. Po wygraniu wyborów może już zmienić retorykę. Od dzisiaj wzrost nie będzie papierowy, lecz realny. Czy coś się w gospodarce zmieniło? Nic, oprócz tego, że propaganda zrobiła swoje. Można ją już wyrzucić na śmietnik. Od początku była przecież całkowicie fałszywa.

Dziś Jarosław Kaczyński zmienił priorytety i cele swojej propagandy. Ten, kto nie zgadza się z „wygaszaniem” polskiej demokracji, z utrwalaniem jego władzy, niezależnie od tego, czy jest to Komisja Europejska, tłumy na ulicach, czy prywatna i niezależna agencja ratingowa – reprezentuje grupy, których interesy jakoby zostały naruszone. Międzynarodowe korporacje i sieci handlowe podburzyły kolejne instytucje międzynarodowe, agencje ratingowe i zwykłych ludzi w Polsce. To kampanijna kłamliwa retoryka. Kłamliwa, bo obecny rząd nie naruszył interesów żadnych korporacji. Podatek bankowy banki przerzucą na klientów. Zapłacą go głównie rodziny zaciągające kredyty, także hipoteczne. Zagraniczne banki przeniosą opodatkowane w Polsce aktywa za granicę. Prezes się myli. Jeśli nawet chciał naruszyć interesy międzynarodowych korporacji, to zrobił to nieudolnie. Mam nadzieję, że ci, których interesy zostały naruszone – wszyscy potencjalni kredytobiorcy i klienci banków, zorientują się kto w istocie płaci ten podatek i rzeczywiście wyjdą na ulice. Wtedy wróżę rządowi poważne kłopoty. Protesty frankowiczów przy takiej perspektywie to zaledwie wprawka. Wymiana premiera może nie pomóc.

Podobnie rzecz się ma w przypadku podatku od hipermarketów. W propozycji ustawy, którą znamy dzisiaj, ten podatek będzie dotyczył wszystkich sklepów. Dużych, małych, polskich, zagranicznych i internetowych. Jego wprowadzenie nie naruszy interesów właścicieli sieci handlowych. Dla nich jest on zupełnie obojętny, bo nie zmienia konkurencyjnych przewag na rynku, skoro mają płacić go wszyscy. Naruszy dość istotnie interesy klientów tych sklepów, czyli nas wszystkich. To nic innego niż podatek obrotowy nałożony na prywatną konsumpcję Polaków. Jego działanie sprowadza się do tego, że zapłacimy wyższe ceny w sklepach. Bo jeśli jest nałożony na wszystkich, to nie ma żadnego mechanizmu rynkowego, zmuszającego właścicieli sieci handlowych do tego, by nie przerzucić go w całości na swoich klientów. Jeśli wszyscy, których interesy ten podatek naruszy wyjdą na ulicę, to będzie koniec tego rządu.

Polityka nie polega wyłącznie na tym, by wygrywać wybory, czego – jak próbowałem w tym tekście Państwa przekonać – można się nauczyć, ale przede wszystkim na tym, by sprawować sprawne i kompetentne rządy. Jarosław Kaczyński nauczył się języka propagandy świetnie. Nie nauczył się skutecznego rządzenia i jestem przekonany, że majstrowanie przy polskiej demokracji nie pomoże. Strategia propagandy, która wyniosła go do władzy, może go tej władzy pozbawić jeśli będzie stosowana nadal – a że tak będzie, wszystko na to wskazuje. Rząd PIS-u narusza interesy przeciętnych obywateli, z czego oni zaczynają zdawać sobie sprawę. Prawicowi politycy i propagandyści prześcigają się w obrażaniu coraz większych grup społecznych, walcząc o łaski prezesa. To podstawowy problem autorytarnych polityków. Oddani i wierni żołnierze sprawy przegrywają w licytacji gorliwości, myląc propagandę z rzeczywistością i odrywając się od realiów. Ten proces możemy obserwować na żywo, a przejęcie mediów publicznych by stały się tubą rządu jedynie go przyspieszy.

Zalewa nas fala kłamstw. Prezydent Andrzej Duda kłamał, przysięgając z boską pomocą bronić konstytucji. Beata Szydło kłamie, głosząc tezę o Polsce w ruinie i twierdząc, iż demokracja w Polsce nie jest zagrożona. Do tej pory, zarzucając prominentnym politykom kłamstwa, publicysta narażał się na proces sądowy o zniesławienie. Piszę o tym, by pokazać, że pewne standardy zostały przekroczone. Nie spodziewam się procesu o zarzuty kłamstwa rządzącej ekipy, aczkolwiek pozew przyjąłbym z radością. Jeśli partia rządząca nie zmieni strategii z kampanijnej na sprawowanie władzy, czekają nas przyspieszone wybory. I tego polskiej demokracji i wszystkim Polakom serdecznie życzę, niezależnie od tego, w jaki sposób zostali obrażeni i jakie ich interesy zostały naruszone.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
Polityka krajowaRząd
Skomentuj